steps

Kilka lat temu, kiedy jeszcze nie chodziłem do pracy i utrzymywali mnie w całości rodzice, wymyśliłem sobie marzenie - do osiągnięcia 25 roku życia muszę jakimś sposobem odwiedzić USA. Nigdy nie leciałem samolotem, nie wiedziałem jak się załatwia wizę (albo, że coś takiego w ogóle istnieje), nie miałem pieniędzy nawet na wycieczki po Polsce, a zamarzyłem sobie dostać się do Stanów przed ukończeniem określonego wieku. Niektórym z was może się to wydawać dziwne i zaskakująco dostępne jak na marzenia czy cele, ale dla mnie, chłopaka z małej miejscowości, było to wtedy jak wejście na Mount Everest.

Przed studiami nic nie wskazywało na to, że marzenie uda się spełnić tak szybko. Nie mam rodziny w USA, nigdy nie leciałem samolotem (na którego ceny biletów były poza moim zasięgiem), jak wielu z nas po #PolskiejSzkoleAngielskiego wstydziłem się rozmów z obcokrajowcami (bo mój akcent, itd.), a pracę planowałem znaleźć w obrębie 20km od miejsca zamieszkania. No raczej bez wychylania się.

Życie toczyło się swoim tempem - z tyłu głowy nadal wiedziałem co chcę osiągnąć i ile czasu mi zostało, ale podejmowanie decyzje nie były absolutnie tym motywowane. Programowanie? Poszedłem na takie a nie inne studia, bo kariery w webdesignie nie udało się zrobić do dziś. Mieszkanie w Krakowie? Po prostu przeprowadziłem się tam po poznaniu dziewczyny która studiuje w tym właśnie mieście. Praca w firmie z San Francisco? Po prostu szukałem miejsca w którym rozwinę się jako front-end developer.

Przez ostatnie lata zmieniło się wiele, ale podstawy pozostawały nienaruszone. Ciężko pracowałem, dużo czytałem i szukałem ludzi mądrzejszych ode mnie. Szanowałem wiedzę innych i szukałem inspiracji. Dzieliłem się tym co wiem. Starałem się być otwarty na tych którzy dopiero zaczynają. Angażowałem się w dodatkowe projekty i inicjatywy. Czasami angażowałem się aż za bardzo, albo podnosiłem głowę za wysoko, ale na szczęście wewnętrzne bezpieczniki działały (mam nadzieję, że działają do teraz).

No i jak to wygląda na dzisiaj? Opłacało się?

Opłacało się. Mój absurdalnie niedostępny cel okazał się możliwy do spełnienia szybciej i pełniej niż mógłbym przypuszczać.

Pisząc tego posta, mając dokładnie 25 lat i 11 miesięcy mam za sobą trzy wizyty w USA, a do tego odwiedzone takie miasta takie jak San Francisco oraz Nowy Jork. Marzenie spełniło się trzykrotnie. I dalej nie ogarniam jak szybko to wszystko się wydarzyło.

nyc

Niektóre osoby, którym o tym wszystkim mówię dziwią się, że tak pozornie błahy temat jak wizyta w innym kraju była dla mnie najważniejszą motywacją do działania we wszystkim co robiłem. W dzisiejszych czasach łatwo tak pomyśleć - w końcu bilety samolotowe z roku na rok robią się tańsze, firmy z USA zakładają coraz więcej biur w Polsce, a delegacje zagraniczne to przecież norma.

Sęk w tym, że kilka lat temu, kiedy ten cel przyszedł mi do głowy, ja sam praktycznie od razu pogodziłem się z pozostawieniem tego w sferze bajek i legend. Wbiłem to sobie do głowy godząc się jednocześnie z tym, że szkoda czasu na takie mało prawdopodobne historie, a życie polega na przyziemnych obowiązkach i zajęciach. A jednak - suma pozornie niepołączonych decyzji okazała się prowadzić do spełnienia tego co od zawsze siedziało mi w głowie.

sf

Odwiedziłem USA, chociaż tak naprawdę skreśliłem z listy marzenie od którego dzieliła mnie dosłownie przepaść.

Próbujcie, warto.